UPADŁO

Uncategorized

0 komentarze

MASAŻ

masaz

0 komentarze

STRIPTIZ

striptizz1

Wielkie biusty, wielkie usta, wielkie dupy, takie czasy, że głowa mała.

0 komentarze

OSEŁKA

oseleczka

0 komentarze

TAMPON

tampon

Że coś dzieje się wewnątrz mnie z tego, co zewnątrz, zauważyłam już poprzedniego wieczora. Inaczej niż zwykle, chciało mi się prawie wszystko, wstawać i siadać, wszystko też miało swoje konsekwencje, ogólnie postępowaniem moim kierowała prostota, w której jeden jest jeden, zero to zero. Najpierw myślałam, potem robiłam i wymyłam słoiki. Przyszłość w ogóle mnie nie przytłaczała, a i z przeszłością nie było mi zbyt ciężko i z tego też powodu powiedziałam nazajutrz do męża, gdy się przebudził, by wziął mnie – od tyłu. Wziąłby, odpowiedział, gdyby nie to, że nie weźmie, bo wychodzi. I wyszedł, taki zadowolony, że z rana sobie porozmawialiśmy o pozycjach kobiet w małżeństwie i społeczeństwie i że jego żona jest kobietą rozumną, że zrozumiała.

Nim wyszedł, zapowiedziałam mu, że na obiad będzie dziś mięso, którego już w tym domu nigdy więcej nie będzie, dodałam, gdyż nie chcę, by moje dziecko myślało o mięsie w kontekście matki i ojca, mówiło sobie, mięso to matka, ojciec to mięso (chyba wiesz, przypomniałam mężowi, ile mnie samej zajęło ustosunkowanie się do Auschwitz), na co mąż – jakie twoje czy jakie dziecko, zapytał.

Powiedziałam mu więc o tym, o czym usłyszałam w telewizji, o czym nie mógł wiedzieć, bo nie była to wiedza z dziedziny popularnonaukowej, a za taką przepada, że dziś jest jakiś wielki, wielki dzień, że my, Polska, mówi się, że jesteśmy drudzy na dwunastu, albo i dwudziestu!

Dziś jest dla Polski wielki dzień, dodałam, a w wielkie dni mówi się wielkie słowa, słyszy się je i przede wszystkim, powiedziałam do męża, w takie dni płodzi się wielkich ludzi, dzieci.

I że będzie tak dobrym ojcem, jakim jest mężem, zrównoważonym. I żeby sobie zapalił, gdyż nie będzie już palił, nie chcę, powiedziałam, by moje dziecko konotowało nas z dymem, matka dym, ojciec dym.

Zapalił, wyszedł – lub też odwrotnie.

Wzięłam się wreszcie za siebie; zrobiłam przegląd słoików. Było ich kilkadziesiąt. W dwóch były korniszony, o których pomyślałam, że będę się nimi zajadała, w czterech były konfitury, z kilku innych ulatniał się smród; byłam już po trzydziestce. W jednym, takim po piklach, były dłonie mojej matki. Oddała mi je, jej nie były już, tak powiedziała, przydatne. W drugim po piklach były nogi mojego ojca, który je tam wyciągnął i żebym je sobie wzięła, powiedział, żeby mi się kiedyś przydały – leżały, zalegały.

W tym po landrynkach natomiast były moje narządy rodne, niby nieprzydatne, miały być mi tego dnia użyteczne.

*

Wyszłam z mieszkania, szłam Nowym Światem po mięso. Dookoła mnie same maszty. Na tych masztach Polska – wisiała, powiewała. Nade mną – balon, ponad tym wszystkim. A pode mną?
Szłam więc przez Warszawę. Wszędzie wdechy, wydechy: ależ! także! jakże! Jakiż to był dzień, taki, że każdy, kto chciał, był tego dnia obywatelem, choć każdego innego jest tylko konstruktem społecznym.
Szłabym i szła, szłam, aż zaszłam na Plac Piłsudskiego, za nim to był sklep, w którym było mięso – wisiało, powiewało. Poprosiłam ekspedientkę o mięso, by dała mi kilogram takiego, jakiego już nigdy, nigdzie, prócz Polski (być może, powiedziałam jej, że z niej wyjeżdżam) nie zjem, na co odpowiedziała, że być może jest szerokie i głębokie i żebym wzięła trochę białego i trochę czerwonego. Trzydzieści dziewięć złotych, powiedziała, czterdzieści cztery groszy.Odpowiedziałam jej, że jeszcze wczoraj mięso kosztowało dużo mniej. Odpowiedziała mi, że wczoraj to wczoraj, a dzisiaj jest wielki dzień, a w wielkie dni wszyscy chcą mięsa, więc kosztuje ono dużo, dużo więcej. Gdybym wczoraj wiedziała, że jutro tak zdrożeje, powiedziałam jej, wzięłabym go wczoraj więcej – za mniej niż dzisiaj mniej za więcej. Czy gdyby dziś było powstanie, odpowiedziała, czy bym w nim walczyła?
Mięso swoje ważyło. Było mi z nim ciężko, kiedy stałam, więc nie zatrzymywałam się. Szłam chodnikami, na których nie było ani chamstwa, ani niedopałków, po chodnikach tak równych jak walka słabszego z silniejszym. Chodzono po nich i powtarzano – no, no, no i tak, tak, tak, a obok ludzi tak zwykłych jak ja, przejeżdżali niezwykli ludzie i powiewali do zwykłych ludzi swymi niezwykłymi dłońmi, a zwykli ludzie na to swymi dłońmi zwykłymi powiewali do ludzi tych niezwykłych, gdyż tego dnia Polska powiewała, wisiała. A balonik, którego wciąż wypatrywałam w górze, ten, który był ponad tym wszystkim, był niżej, niżej.

Skręciwszy w ulicę odchodzącą od Nowego Światu, usłyszałam kogoś, kto mówił, że jeśli nienawidzisz Polski, nienawidzisz siebie, a jeśli ją kochasz, tego nie usłyszałam, mimo że zależało mi na tym, by to usłyszeć, gdyż tego dnia, jak mówiłam, wszystko miało mieć swoje konsekwencje.

I szła przez te głosy i odgłosy samolotów, tych ponad Warszawą, szłam wśród nich z mięsem, że aż kurwa, powiedziałam, kiedy zobaczyłam mężczyznę odlewającego się pod ścianą tych, którzy kiedyś przelali pod nią swoją krew. Pollock, powiedziałam mu, że taki z niego jest w tym, co na tej ścianie zrobił, Pollock.

Ale też od tej chwili oddychałam, jakbym utrzymywała w powietrzu worek foliowy – aż przystanęłam, kiedy nie mogłam sobie nawet przypomnieć tego, kim jestem, skąd przyszłam i dokąd idę? Przystanęłam, gdyż w tym dniu, jak mówiłam, zachowaniem moim miała kierować prostota, dlatego też powtarzałam sobie – przyszłam stamtąd, szłam wzdłuż tego, przeszłam przez to… Wyszłam za mąż.

Jestem mężatką. Będę matką, gdyż dziś jest wielki dzień, spłodzę w nim wielkie dziecko, z wielkimi oczami i uszami i będę mu mówić do tych uszu wszystko to, co wiem – że są ludzie, którzy się nie udają i ono może do takich należeć, żeby nie mówiło leworęcznym, że są leworęczni, żeby nie chciało, jeśli nie chce, żeby nie kończyło zdań, których nie zaczęło, żeby się nie rozłączało, będę mu też mówić, że wieczorem jest się niższym niż rano, a rano mądrzejszym jest się niż wieczorem, pomyślałam, kiedy zauważyłam, że jest już południe; balonik, kiedyś wysoko, był coraz niżej, rzucony, nie rzucał cienia.
*
Przeszłam przez przedpokój do kuchni, jakbym wchodziła w układ z samą sobą, że nie wyjdę z niej, póki nie wyjdę z niej z takim mięsem, jakiego już nigdy, nigdzie z mężem nie zjemy; zjemy je zgodnie – widelcem i nożem.
Byleby był głodny, pomyślałam, głodnego do wszystkiego przekonam. Opowiem mu o zwierzętach, które wstrzymują reprodukcję, kiedy w ich środowisku nie ma ku niej warunków, i o roślinkach, które ją wznawiają, kiedy tylko pozwalają im na to te warunki; opowiem mu o tym, żeby się już tego, co wokół nie bał, że jesteśmy drudzy na dwunastu, może i dwudziestu. I żeby jadł, zajadał, bo od południa stałam przy tym mięsie, nad tym mięsem, pod tym mięsem jak pod krzyżem, bo jestem polską kobietą, polska kobieta musi mięso, umie mięso, nauczona jest mięsa, nauczyła ją tego jej matka, polska kobieta.
Kiedy mąż przyszedł, mięso leżało już na stole. Usiedliśmy przy nim. Zjedliśmy je. Położyłam się na łóżku, mąż przy mnie. Ja też się jednak trochę bałam – tego, co wokół. Powiedziałam mu, że trochę się boję. A co, jeśli kiedyś będzie chciało się dowiedzieć, skąd się wzięło? Że z Polski, powiedział mąż, że trzeba będzie mu o tym powiedzieć. I położył się na mnie.
I tak sobie leżeliśmy, ponad tym, co nad nami, samolotami, leżeliśmy tylko i aż, odkąd dostałam okres.
0 komentarze

KOD

zdjęcie 7

0 komentarze

KLUCZ

klucz

0 komentarze

SAMOLOT

samolot